Nie jest łatwo być dla drugiego człowieka. Wymaga wielkiego samozaparcia. Jednak nie tylko osoby cierpiącej, ale też tej towarzyszącej. Chciałabym opowiedzieć Wam historię życia Sługi Bożego Fausto Gei, Cichego Pracownika Krzyża. Jest on dla nas siewcą nadziei, bo pokazuje, że tylko będąc w bliskiej relacji z Bogiem możemy pomóc zarówno sobie, jak i innym. Dzięki czemu z osoby, która potrzebuje wsparcia sami stajemy się tymi, którzy dają pomimo swojej choroby, niepełnosprawności. Jednak uprzedzam. Nie jest to łatwe. Doskonale wiemy, że skoro nasz Pan umarł za nas z miłości na Krzyżu, my również musimy pokonać taką drogę, aby zmartwychwstać, aby stać się siewcą nadziei dla innych.

Opowiadając historię życia tego mężczyzny będę zatrzymywała się na najważniejszych jego słowach, które są dla nas drogowskazami w naszym apostolacie, w naszym towarzyszeniu drugiej osobie, ale też w naszym życiu.

Fausto Gei jest osobą znaną we Włoszech, zwłaszcza w środowisku osób cierpiących. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że był jednym z nich, że był przyjacielem, samarytaninem o wielkim sercu, który nie tylko pochylał się nad chorymi, ale dodawał im odwagi do walki i podejmowania trudów dnia codziennego. Chcę podkreślić, że Fausto był chłopakiem bardzo wstydliwym i powściągliwym i zawsze pragnął, aby jego historia i doświadczenie dźwigania krzyża pozostały okryte tajemnicą. Pan Bóg miał jednak zupełnie inny plan co do niego. 

Fausto urodził się 24 marca 1927 roku w Bresci. Rodzice Fausta byli osobami wierzącymi, więc chłopiec wychowywał się w duchu chrześcijańskim a wiara była głęboko przeżywana i praktykowana. Był jednym z pięciorga dzieci. Jego mama Maria była nauczycielką a tato Angelo był urzędnikiem bankowym. Ważną rolę w tej rodzinie odgrywała również ciocia Alba, kobieta serdeczna, ciepła i prosta, która nigdy nie wyszła za mąż i poświęciła całe swoje życie pięciorgu bratankom. 

Od początku był dzieckiem, które dobrze się uczyło. Po szkole zdecydował się zostać lekarzem i rozpoczął swoje studia na uniwersytecie, na wydziale medycyny i chirurgii. Fausto przeżywał swoją młodość tak jak rówieśnicy w latach trzydziestych. Uczęszczał regularnie na katechizm oraz na Msze Św. w parafii katedralnej. Udzielał się również w Oratorium Ojców Filipów, to tam nasiąkł jeszcze bardziej klimatem duchowym i kulturalnym. Był osobą dojrzałą jak na swój wiek. Był delikatny w stosunku do wszystkich, ale nigdy nie szedł na kompromis. W momencie kiedy trzeba było świadczyć prawdę lub wyrazić własne zdanie był nieugięty. Potrafił być też wymagający i narzucić innym swoją wolę. Czasy powojenne nie były łatwe. Bieda. Sam Fausto niejednokrotnie chodził w podziurawionych spodniach i miał tylko kilka groszy w kieszeni. Chciał zostać lekarzem i w tym pomagał mu jego wykładowca, sławny chirurg, który niekiedy angażował Fausta jako asystenta przy operacjach. 

I tutaj chcę podkreślić, że to iż Fausto był wychowany w rodzinie chrześcijańskiej pomogło mu utrwalić fundamenty wiary i pogłębić swoją relację z Bogiem. Jest to ważne, dlatego że mając 20 lat podupada na zdrowiu, a wtedy kończy drugi rok studiów i zaczyna z nim się dziać coś złego. Pojawiły się przeziębienia, zaczął powłóczać nogami i potykać się. Okazało się, że wiedza, którą zdobył już na studiach pozwoliła mu zdiagnozować siebie samego. A lekarze tylko potwierdzili to, co sam sobie stwierdził. Była to prawda bardzo bolesna: STWARDNIENIE ROZSIANE. Choroba postępowała na tyle szybko, że wracając do domu zabrakło mu sił na stacji kolejowej i nie mógł nieść swoich walizek. Kiedy dotarł do domu powiedział: „Mamo, proszę, to jest mój indeks. Już nie studiuję. Cierpię na stwardnienie rozsiane! Jest to choroba śmiertelna. Nie wiem, jak długo pociągnę! Sam sobie postawiłem diagnozę….i okazała się prawidłowa”. Pomyślcie sobie, w jakim szoku była mama i jego siostry. To jest coś niesłychanego i trudno sobie to wyobrazić. Przecież to jest taki cios dla rodziny. Ojciec popadł w przygnębienie i zaczął cierpieć na depresję. Modlił się i prosił o cud. Pisał do o.Pio i wielu innych kapłanów. Natomiast mama po pierwszym szoku wykazała się ogromnym hartem ducha. To w niej cała rodzina znalazła wsparcie. A ciocia Alba? Ona popadła w stan całkowitego wyczerpania. Nie mogła się z tą sytuacją pogodzić. „Tylu łobuzów chodzi po świecie a musiało się przytrafić właśnie tobie, takiemu dobremu chłopcu!” Fausto, jak tylko słyszał takie słowa przerywał jej i mówił: „Pan Bóg doświadcza tego, kto jest w stanie to unieść!”. Czyż tego typu zachowania nie są nam znane? Tak naprawdę są to normalne zachowania osób i rodzin osób, których dotknęło cierpienie, spotkała tragedia.

Ten rodzaj stwardnienia rozsianego, co miał Fausto od razu siał totalne spustoszenie w organizmie. 

Po upływie miesiąca Fausto nie mógł już nic zrobić rękoma, bo dygotały w sposób niekontrolowany i trzeba było mu pomagać we wszystkim, włącznie z najbardziej intymnymi czynnościami. Opiekowała się nim jego siostra, bo mama w tym czasie chorowała na zapalenie żył i w sumie mogła czuwać przy nim tylko w nocy. Fausto podczas dnia siedział w fotelu a po dwóch latach przesiadł się na wózek inwalidzki. 

A jak przeżywał to wszystko sam Fausto? Najpierw szok a następnie popadł w stan głębokiego i bolesnego wyczerpania. Jednak w miarę szybko pozbierał się i zaczął walczyć z całych sił o wyzdrowienie, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że choroba ta jest nieuleczalna, co powodowało w nim, że ogarniała go rozpacz, czuł się sam.

Dostaje propozycje udania się w pielgrzymce do Lourdes i po jakimś czasie decyduje się pojechać. W Lourdes był kilka razy. Pierwsze trzy razy prosi o uzdrowienie, za czwartym razem prosi o łaskę pogodzenia się z losem a za piątym prosił o radość.  To właśnie tam, dokonuje się ta wewnętrzna przemiana w Fausto. Przestaje się buntować, akceptuje chorobę i pragnie radości. Jeszcze nie zna ks. Novarese a już wie, że radość jest podstawą w życiu i apostołowaniu. Posłuchajmy ks.Novarese: „Jezus powiedział: „radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,22). On da nam radość nieskończoną, swoją. Dodaje szybko, aby nas uspokoić: Bądźcie zawsze radośni, bez lęku, ponieważ na zawsze pozostaniecie budowniczymi Królestwa Bożego”. Fausto wie, że kolejnym krokiem, który należy uczynić po akceptacji swojej choroby, swojego cierpienia jest otwarcie się na innych. Jezus chce, aby nasza radość była pełna i aby nic jej nie przyćmiło. Mówi nam: „Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16,24). To właśnie w Lourdes dochodzi do przemiany serca Fausta. Po powrocie z pielgrzymki prosi swoją siostrę, aby był jego ramionami i nogami, i dzięki temu zaczyna się nowy etap w życiu Fausto. Staje się apostołem, odkrywa to, że nikt nie jest bezużyteczny, że każdy jest powołany do miłości. Słowa, które dyktuje swojej siostrze mają być przekazane innym osobom chorym. 

„Tam, gdzie została pokonana natura, zwycięski jest duch”. W Lourdes nie otrzymał uzdrowienia ciała, ale otrzymał coś o wiele cenniejszego: powołanie do pocieszania, do wspierania i tak naprawdę całkiem nowy pomysł na życie. „Wielokrotnie Bóg zamyka jedną drogę, aby otworzyć nam inną, lepszą i przestronniejszą, w głębi której widnieje wspaniały horyzont. Cierpienie nie jest dziko rosnącym chwastem, ale drzewem rodzącym obfite owoce”. 

A jego nowy sposób na życie? „Czego nie mogę osiągnąć jako lekarz, chcę czynić jako osoba chora”. Fausto staje się wybranym na drodze cierpienia i zaczyna dostrzegać zupełnie nową rzeczywistość oraz duchowe możliwości. Jezus umarł za nas na Krzyżu i dla nas nie ma innej drogi. Fausto mówi: „Nie proszę Boga, aby uczynił mnie szczęśliwym, lecz pożytecznym; moje szczęście przyjdzie później”. Pewien ksiądz, który również bardzo cierpiał tak mówił: „Nigdy nie będziemy widzieć tak jasno, jak wtedy gdy myć się będziemy we łzach i nigdy nie będziemy tak zrównoważeni, jak wtedy gdy dźwigać będziemy krzyż na ramionach. Cierpienie selekcjonuje przyjaciół ludzi, ale w jeszcze większym stopniu selekcjonuje przyjaciół Pana Boga”. Zgadzam się z tymi słowami. Z doświadczenia wielu osób i własnego wiem, że jeśli ktoś od początku posiada fundament wiary, jeśli był wychowany w rodzinie chrześcijańskiej i posiada choćby minimalną relację z Bogiem, to jest mu łatwiej przyjąć krzyż, nawet jeśli w pierwszym momencie się buntuje i szuka odpowiedzi na pytanie: dlaczego?    

Fausto dzięki doświadczeniu choroby jest zawsze gotowy do niesienia pomocy i wspierania tych, którzy jeszcze nie odkryli odkupieńczej tajemnicy cierpienia. „Na moim łożu cierpienia przeżywam najprawdziwszą i najpiękniejszą przygodę. (…) Ta moja przygoda jest piękna i prawdziwa do tego stopnia, że wypełnia całe moje życie i sprawia, że kocham je z wszystkimi cierpieniami, które ze sobą niesie… W ten oto sposób spędzam moje życie nie bezużytecznie, skoro codziennie mogę odnawiać moją ofiarę miłości i cierpienia, aby spełniło się Królestwo niebieskie”.   

Fausto przede wszystkim nawoływał chorych do optymizmu:

„Pamiętajcie, że Bóg może uzdrowić nasze ciała, nawet gdy my tego nie chcemy; ale nie uzdrawia ducha bez naszej woli. Ja przezwyciężyłem własną, pełną udręki sytuację, wykazując wielką siłę woli i starałem się poświęcić tej pracy, która z pewnością mogła przynieść mi radość. My musimy zapomnieć o nas samych, gdyż myślenie o naszym cierpieniu jeszcze bardziej nas przygnębia”. 

Posiadał talent literacki więc pisał artykuły drukowane w różnych gazetkach. Po kolejnych dwóch latach stracił głos i musiał posługiwać się komunikacją alternatywną, tzn.pokazywali mu literki alfabetu a on skinieniem głowy mówił, czy tak, czy nie.

W 1955 roku wstąpił do Ochotników Cierpienia. Swój pierwszy list do ks.Novarese napisał w listopadzie 1955 r. i w liście tym zaproponował pisanie artykułów do Kotwicy. Ks.Novarese z chęcią się zgodził na tę współpracę. Po kilku latach odkrywa powołanie i postanawia stać się Cichym Pracownikiem Krzyża. Fausto umiera w wieku 41 lat. 

To, co wydaje mi się, że jest warte podkreślenia odnośnie Fausta, to fakt, że był bardzo spostrzegawczy, że nie bał się zwracać uwagi innym chorym co do sposobu życia, co do ich postaw i wszystko to przesiąknięte było duchem miłości. 

Posłuchajmy tego, co mówił:

„Kiedy byłem dzieckiem – pisał – śniły mi się zawsze kraje i światy dalekie… a to, co było dalekie, nieznane i fascynujące, miało dla mnie tylko jedno imię: Afryka! Czułem w sobie instynkt pioniera, a przede wszystkim misjonarza. Każda bowiem senna przygoda powadziła mnie do maleńkiej wioski szałasów, do kościółka z bambus, który sam własnoręcznie postawiłem…i śniło mi się wiele chrztów, ślubów, wiele śpiewów i wiele komunii w moim kościółku…może faktycznie zostałbym misjonarzem w moim dorosłym życiu… .

Później fakty potoczyły się inaczej. I nie z mojej winy, z woli Pana Boga. Teraz, od wielu lat, spędzam mą młodość wśród czterech ścian, unieruchomiony w łóżku przez bezlitosną chorobę. Ale właśnie na tym moim łożu cierpienia przeżywam najprawdziwszą i najpiękniejszą przygodę… nie spędzam mojego życia bezużytecznie, skoro codziennie mogę odnawiać moją ofiarę miłości i cierpienia, aby spełniło się Królestwo Niebieskie”. 

„Ja nie kocham cierpienia, gdyż przedstawia ono negatywną stronę życia. I jako takie trudno je cenić. Tylko w świetle wiary można zauważyć pogodne niebo pomiędzy masą chmur. Góry sprawiają, że stajemy się lepsi, gdyż zbliżają nas bardziej do Boga. I jak alpinista zafascynowany wspinaniem się chce osiągnąć coraz to nowe szczyty, tak dusza uszlachetniona cierpieniem pragnie ciągle wyższych celów. Uczucia te pozwalają zrozumieć wartość każdego naszego czynu. Pojmujemy zatem, że nic nie jest na próżno i że osoba chora nie jest istotą niepotrzebną”.

„Pocieszać jest bardzo trudno. Nie zawsze można powiedzieć jednemu choremu, to co służy innemu”.

„Nie trzeba mówić wiele rzeczy. Długie rozmowy wciągają i są nieskuteczne”. 

„W niektórych momentach my, chorzy, pragniemy wsparcia i pomocy, abyśmy mogli sobie dać radę na tej trudnej do przebycia drodze prowadzącej na Kalwarię, ale bardzo trudno jest znaleźć Cyrenejczyka, który by nam pomógł dźwigać Krzyż”.

„Również chory, trzeba przyznać szczerze, niekiedy przesadza i jest zbyt wymagający. Należy bezwzględnie otoczyć go uczuciem i dobrocią, ale nie może to być skazaniem osoby opiekującej się nim, gdyż niejednokrotnie jest to osoba przeciążona obowiązkami rodzinnymi. Nie usprawiedliwia to bynajmniej niegrzecznego zwykle i opryskliwego odnoszenia się do chorych. Należy pamiętać, że chory ma prawo czuć się swobodnie. Nie można dopuszczać do takiej sytuacji, że chory obawia się przeszkadzać, gdy chce o coś prosić”. 

„Trudno zaakceptować cierpienia i próby, jakie Bóg na nas zsyła. Nie należy tracić duch w chwilach przygnębienia, gdyż takie negatywne stany nie trwają długo. Jeżeli zdołamy ofiarować Najświętszej Dziewicy również i te, tak bolesne momenty, będzie to najlepsza nasza odpowiedź na oczekiwania, które Ona objawiła w Lourdes i Fatimie. Ochotnicy Cierpienia chcą wprowadzić w życie wezwanie Niebieskiej Mamy”.

„Jest konieczne, abyśmy zwrócili się o pomoc do Matki Bożej oddając się ufnie w Jej ręce. Pamiętajcie o Jej ulubionej modlitwie: o różańcu. Również i dla mnie był on bronią, która przyniosła najlepsze rezultaty, szczególnie w dniach, kiedy szatan czatował na mnie bardziej niż zwykle”. 

„Chorzy są konstruktorami nieba: swoimi cierpieniami budują wspaniały most łączący Boga z ludźmi”.

Swoim przyjaciołom mówi:

„Przyjmijcie chorobę, jako środek na drodze do zbawienia. Nie oddawajcie się zbędnym skargom. Ofiara złożona Bogu, aby była całkowita, musi być wspaniałomyślna i bez żalu. Żegnam Was wszystkich bardzo serdecznie i czekam na spotkanie z Wami w niebie”